Leszek Styś (Teatr A Gliwice)

UPRAWIAM ZAWÓD MIŁOSNY... – KOMU DZISIAJ TEATR?

a zatem kryzys... odmieniany przez przypadki, rozpamiętywany, karmi się chętnie „chwilą zastaną, zapatrzoną w wczoraj”, w młodzieńcze założenia wspólnoty teatralnej, która pojemna... mieści
w sobie ludzkie żywoty – przyjmując równie chętnie ekstazę premiery, co i iluzję premii... mieści
w sobie artystyczne przymiarki do tematu śmierci, ale także (wymagając równie kreatywnych starań) przyjęcia prozaicznego życia, które w perspektywie początku trzeciej teatralnej dekady, pleni się
w nas i wokół nas – część „teatralnych dzieci” zdążyła już przestać być dziećmi... przeklęta artystycznym drganiem, ale i przejęta zwykłym bytowaniem nie ustanawia własnych kompanii teatralnych - póki co, bo kto przewidzi, kiedy trącą tym, czym nasiąkali za młodu?

i jeśli coś uprawnia, by kłaść kolejne akapity to właśnie owe dwadzieścia jeden lat starań o autorski Teatr A

 z Gliwic – niezmiennie i uparcie bliski treści religijnych, biblijnych narracji i tradycji chrześcijańskiej – uwiarygadniany życiem kilku osób, artystów, którzy „dzielą los” i walczą
o proporcje: czas  p o ś w i ę c a n y  pracy artystycznej - czas  o f i a r o w a n y  administracji, grantowym podchodom pod lepszą przyszłość i długoterminowe perspektywy, rozglądaniu się za jakąś dodatkową pracą... bliższy wydaje się Św. Paweł Apostoł na kartach Dziejów Apostolskich po wzmiance: „ponieważ znał to samo rzemiosło, zamieszkał u nich i pracował; zajmowali się wyrobem namiotów” - w  tych kategoriach proszę traktować wtręt o trudach życia.

pojawia się uzasadniona obawa: starzejąc się dojrzewamy, czy też raczej psujemy? Czy tak dalej można, czy to uczciwe – uprawiać teatr witalny, snuć pieśń o życiu? Kurczliwie uchwyceni myśli, że tropimy ciągle uniwersalną tęsknotę jakąś... że zadyszani w tej gonitewce kogoś ciągle reprezentujemy... że świat artystyczny wyłuskujący ziarna dobra z popiołu zła ma rację bytu... a może to blaga, może to wygodne, bezrefleksyjne zajmowanie stanowisk?... ciekawych, bo archeologicznych?... Pokusa ogromna – zadekretować stanowisko, w paragrafy ująć (mniej interpretuj, bardziej przestrzegaj!), ich łamanie kończy się „płaczem i zgrzytaniem zębów”, ale zwalnia z wysiłku decyzji... również estetycznych i etycznych... jeśli założyć, że teatr powinien być etyczny...

nie miałem (i nie mam) zgody na diagnozowanie zapotrzebowania kulturalnego przez słupki oglądalności: „dajmy ludziom, czego oczekują”, w miejsce „rozbudźmy ich oczekiwania”. A jednak z biegiem lat, kiedy po codziennym maratonie (każdy powoduje bezdech, każdy ważny jak ten antyczny – na śmierć i życie), kroki do domu ważą coraz więcej, chętniej rozgrzeszam powszechny społeczny stupor w miękkim fotelu przed maści wszelakiej odbiornikami tanich, zapośredniczonych bodźców, gdzie interwencje podejmuje ktoś w naszym imieniu. Strząsać proch z sandałów, w akcie sprzeciwu „zbydlęceniu”, czy godzić się, żeśmy z tego samego prochu lepieni, że porusza nas wewnętrze „coś”... głęboko ludzkie?

myśląc o Widzu (niezmiennie to program w Teatrze A) gotowi jesteśmy na trud negocjacji – naszą wrażliwość, kulturowe kompetencje, tematyczne/fabularne miłości i nagłe zakochania przekuwać

w oczekiwania odbiorcy, przy pewnych założeniach...

zapamiętany obraz – pamiątka z podróży, owoc nocy dzielonej z awangardowym, offowym teatrem (o zgrozo! jeszcze mocniej leciwym i zasłużonym niż my sami!). Po nocy pełnej dionizyjskich uniesień, dochodzących zza ścian hotelowych pokoi i korytarzy (my – też offowi i awangardowi,

w obliczu wyjazdu o piątej rano – zachowaliśmy się nudno i zachowawczo, postanowiliśmy się tej krótkiej nocy, po demontażu spektaklu przespać kapinkę)... nastała cisza. Poranek. Opuszczam pokój, przywołuję windę, otwierają się drzwi... w środku niema, pełna ekspresji scena: na barkach ojca założyciela awangardowej trupy młoda dziewczyna i jeszcze dwoje młodych artystów, wijących się wokół Fundamentu – taka Grupa Laokoona, tyle, że Tytułowy zmęczony, zamroczony... nieobecny... pomyślałem: straszne! jak bardzo ten człowiek zdaje się być teatralny, wiarygodny! Pamiętam jego spektakl/świat, do którego poprzedniego wieczora nie miałem dostępu – pełen niejasności, mylenia tropów, bylejakości (być może wkalkulowanej). Był On – artysta
 i oglądający go  widzowie. Wydaje się, że przedstawienie wycisnął tej nocy do ostatniej kropli... nad ranem przyłapany został bożek Pan na wstydliwym uwiądzie...

to oczywiście impresja... exemplum nieprzystawalności dzieła i odbiorcy, której życzylibyśmy sobie unikać, świadomi innej, środowiskowej presji... w sytuacji, w której sam ledwo powstrzymuję się od faszerowania niniejszego tekstu emotikonami, które zaznaczą, gdzie żartobliwie „robię oko” - w miejsce stosowanej onegdaj zniuansowanej literackiej ironii, do której współczesne ucho zdaje się boleśnie zarastać woskowiną systemu krótkich (i jeszcze krótszych) wiadomości; w sytuacji, w której sugestywne, plastyczne epizody premiery teatralnej percypowane przez mojego kochanego (bądź, co bądź – ciekawego świata) syna po dłuższej chwili przegrywają z kolejnym „levelem apki z grą” na smartfonie... jakakolwiek przychylność widza dla podejmowanej aktywności teatralnej to skarb nieoceniony. A jeszcze, w naszej branży, owa misyjna żarliwość – by powiedzieć Prawdę, by nie wierzgnąć, by się doktrynalnie nie ochwacić. W tej sytuacji nawet głowa Jana w rękach Herodiady powinna wyglądać ładnie i porządnie...

pozwalam sobie, oczywiście, raz jeszcze na uproszczenie, tropiąc swoistą „ucieczkę od wolności”, w imię zaprzestania interpretacji, kiedy po ludzku zabrnęliśmy w aporię (ludziom wierzącym zdarzają się takie sytuacje, kiedy próbują opisać relację z Bogiem – przy czym, nie odmawiam absolutnie prawa do aporii ludziom niewierzącym, bogate życie daje po temu sposobność). Dotknąłem takiej aporii podczas pracy nad spektaklem „Moria – samotność milczenia...” Teatru A. Jak zmierzyć się z relacją Bóg-Abraham-Izaak? Po ludzku: straszne! Łatwiej byłoby sięgnąć raz jeszcze po teatralny chwyt Deus ex machina.

widz wart jest ryzyka definiowania znaczeń, odszukiwania wartości. Obietnice Nieba już teraz, zapraszanego do teatru (jakby w przekonaniu, że Niebo wcześniej potwierdziło zaproszenie) są bez pokrycia. Pozostaje nam odczuwać tęsknotę, opisywać ją na miarę naszej dojrzałości – w swoich postulatach nie mogę zatrzymać się na scenie studenckiej, przechodząc kryzys wieku średniego... chyba, że nie odrobiłem zadania ze studiów... moje przeżycia, spostrzeżenia, diagnozy – uczciwie potraktowane karmią już inny teatr... żeby było jasne

 – o Niebie mówić można emotikonami (mam na myśli również zabiegi formalne – lapidary, szybki montaż, intensywne, skodyfikowane znaczenia) – to może być fascynujące i intrygujące. Jeśli Niebo zechce... podejmując dialog może w okamgnieniu wysłać uśmiechniętą buźkę...

wspomniana wcześniej wrażliwość współczesnego konsumenta kultury na nerw sensacji, śledzenie wartkiego rozwoju akcji – losów ofiar społecznej i obyczajowej niesprawiedliwości – którym szczerze i dobrze życzymy (ach! gdyby te życzenia miały siłę paraliżowania zła na świecie), wnikliwa analiza sytuacji geopolitycznej na podstawie wypluwanych co chwilę „njusów”; to wszystko nie mogło umknąć uwadze teatru. Takiej formy teatralnej, chętnie i szczodrze sięgającej do tradycji i zdobyczy literackiego reportażu wydaje się chcieć publiczność – wiem, żadna to nowość, ale węszę w tym wieczne prawidło: jeśli przez scenę/plac miejski przegalopuje spektakl, który w imię aktualności nie przejrzał się ani na chwilę w przeszłości (a co tam, zaryzykuję: w wieczności/w universum) – jego galop rozpłynie się w powietrzu, nie rodząc żadnego nowego gwiazdozbioru... namiętnie formą wabiony, widz puści w niepamięć to „aktualne”, na rzecz depczącego już po piętach  „aktualniejszego”...

kryzys służy, podobno, przepracowaniu... składając ze sobą tych kilka akapitów myślę o Innych doświadczających goryczy po menisk wypukły wsączającej się w kubki smakowe... a przecież ów kryzys żeruje na niewątpliwie żywym organizmie... trupa nie boli, trup nie myśli o przyszłości... zdarza się tak (jak przystało na duże projekta artystyczne, całość spowija gęsta mgła niewiadomego, co nęci i uwodzi), że Teatr A rozpoczyna właśnie współpracę w międzynarodowym europejskim przedsięwzięciu „Mysteries & Drolls - Sacred Theater and Popular Drama in Contemporary Europe”. Naszymi Partnerami są grupy teatralne, instytucje, stowarzyszenia z Włoch, Hiszpanii, Irlandii Północnej i Niemiec, które oddychają rytmem średniowiecznych europejskich misteriów, które w swoich artystycznych poszukiwaniach teatralnych, dopytując o conditio humana przyglądają się relacjom między sacrum i profanum. Czy na tych odległych jednak szerokościach geograficznych ludzie teatru planują, „kalkulują” przyszłego widza, dla którego podejmują trud artystyczny? Oby tak… W miejscach, w których od wieków pretekstem do spotkań stają się prezentacje artystyczne, wyrosłe z metafizycznych tęsknot? I co tu dużo mówić – na tych samych placach,

w uciesznych podskokach, znajdziesz również błazna, ioculator'a, żonglera – balsam dla ludzkich skołatanych nerwów.

gdzieś pomiędzy tymi specyfikami, przyłapany na pracy, która krępuje czas na tyle, by nie dzielić niepotrzebnie włosa na czworo, „przepracowuję”... w wolnych chwilach przysiadam w kwiecie lotosu, albo bardziej swojsko w mniszku lekarskim... zobowiązując siebie pytaniem o człowieka.

 

 

 

 


partnerzy ckis Visegrad Fund art prometheus Nyirbatorert Alapitvany Thalia Teatro Radio Centrum Kalisz
Brama do La Strady. 2015 CKiS. Wszelkie prawa zastrzeżone.