Krzysztof PIERZCHLEWSKI

„MOJA” LA STRADA

Czy lubię festiwale?  Jako osoba prywatna, której dano obejrzeć wybrany spektakl lub posłuchać koncertu, wręcz nie mogę doczekać się  kolejnych edycji imprezy, z programem zawierającym te pozycje. Cieszę się natomiast znacznie mniej, jeśli z woli organizatora czy zaprzyjaźnionej redakcji zostanę zmuszony do dziennikarskiej obsługi całości. Niewątpliwą przyjemność, jakiej dostarcza chłonięcie tego, co dzieje się  w artystycznej przestrzeni jest tłumione wtedy  poczuciem odpowiedzialności za powierzone zadanie. Samopoczucie mąci mi niepokój o to, czy na przykład zdołam utrwalić na zdjęciach najistotniejsze chwile i dokonać tego na odpowiednim poziomie.
 A jeśli przypadnie mi rola recenzenta? Tu do niszczącego działania przystępuje czas, a raczej jego  brak, który nie pozwala rzetelnie uporządkować i przeanalizować wrażenia, ponieważ harmonogram prac redakcyjnych i druku rządzi się – zwłaszcza w dzienniku - swoimi prawami.
Najbardziej dotkliwa jest akredytacja, ponieważ trzeba ogarnąć wszystkie pozycje festiwalowe, a na ostatnim w danym dniu przedstawieniu łzawią oczy oraz – za przeproszeniem -  cierpnie tyłek i puchną nogi.
 W przypadku La Strady dzielę los organizatorów i ekipy technicznej, ale oni są u siebie, mają  ułatwiony dostęp choćby do elektrycznego czajnika. Mnie musi wystarczyć to, co zabiorę z domu lub kupię w bufecie, a za jadalnię i miejsce relaksu służy mi samochód pozostawiony na pobliskim parkingu.
Ta możliwość parkowania w pobliżu miejsca akcji jest dla mnie de facto jedną z nielicznych korzyści płynących stąd, że od 2001 roku najważniejsze przedstawienia La Strady odbywają się na kortach, mimo iż rynek byłby właściwszym miejscem dla znacznej ich części. Dlaczego tak się  dzieje?  Otóż, w swoim czasie decydenci ugięli się pod naciskiem grupki malkontentów zamieszkujących plac ratuszowy i organizowaniu tam późnowieczornym przedstawień powiedzieli basta. W Krakowie, Poznaniu  i Jeleniej Górze mieszkańcy śródmieścia są bardziej wyrozumiali, mniej nieugięci albo może bardziej kochają sztukę.
Istotnie, są realizacje monumentalne, którym warunki panujące na kortach służą najlepiej, ale jednak więcej niż dotąd  przedstawień mogłoby odbywać się w sąsiedztwie ratusza. Tam odegrany został, w dodatku wielokrotnie performance, który szczególnie mocno utkwił mi w pamięci. Był to „Turn Up” holenderskiego Teatru Tukkersconnexion zrealizowany na sławetnym sarkofagu. Myślę, że na  kortach wypadłby mniej wyraziście  i trudniej byłoby tam o włączenie w jego akcję widzów, zwłaszcza tych przypadkowych. Teatr Nicoli, częsty gość kaliskiej La Strady grywa zarówno na terenie należącym do CKiS, jak i na Głównym Rynku i w tym silnie zurbanizowanym miejscu wypada jednak lepiej. Śródmiejska lokalizacja jest absolutnie bezkonkurencyjna, gdy chodzi o występy kameralne i indywidualne. Teatr Malutki Klaun Pinezka wypadają w tym miejscu najlepiej.
Chociaż przyglądam się La Stradzie niemal od jej początków, byłoby mi trudno sporządzić top-listę najlepszych przedstawień. Często o tym, które z nich wywierają  największe wrażenie i zapadają w pamięć, decydują względy pozaartystyczne. Długo pamiętam na przykład, że kiedy krakowianie z Teatru KTO tarzali się w strugach deszczu na zalanym wodą asfalcie, ja myślałem nie o tym, co chcą mi swoim działaniem przekazać, lecz kiedy spektakl zostanie przez Jerzego Zonia przerwany, bo inaczej wykonawcy zapadną na zdrowiu, otulanie oświetlenia i aparatury folia przestanie wystarczać, a mnie popsuje się sprzęt. Bywało też, że kaprysy pogody trwały długo i wymuszały przeniesienie przedstawienia do sali z oczywistą szkodą dla jego kształtu, ale zdrowotnym zyskiem dla artystów, widzów i fotografa. Tak było na przykład z przedstawieniem „Opat” w wykonaniu wrocławskiej grupy Teatralnej TE-O-KA. Sztukę obejrzało kilkudziesięciu najbardziej wytrwałych osób, a w normalnych warunkach byłyby ich setki. W 2000 roku obejrzałem na scenie lwowian z Teatru Woskresinnia i nie pamiętam, czy sprawiła to pogoda, czy taki był zamysł maestro Fedoryszyna, który u zarania swojej kariery nie gustował jeszcze w wielkich widowiskach plenerowych.
Już bez gwałtownej ingerencji sił natury zapadło mi w pamięci kilkanaście  znakomitych przedstawień, a wśród nich „Płonące laski” warszawskiego Teatru Akt, „Wiśniowy sad” i „Hiob” Teatru Woskresinnia, „Mignone” Teatru Wędrowne Lalki Pana Pejo, „Makbet” poznańskiego Teatru Biuro Podróży i „Finis Terrae” czeskiego Teatro Continuo.
             W warunkach kortów nieuniknione jest robienie zdjęć ponad głowami publiczności lub z perspektywy żabiej, dzięki usadowieniu się w pierwszym rzędzie. Ja, z uwagi na swoje gabaryty (i wiek) skłonny byłem preferować pierwszą metodę. Bardziej wysportowani  koledzy po fachu – metodę drugą. Nieocenioną platformą widokowa są taras i schody prowadzące z kortów do budynku CKiS. Ułatwiają one także fotografowanie koncertów i publiczności, która także bywa malownicza. Z tłumu udaje się czasem wyłowić prawdziwych  mistrzów choreografii indywidualnej i zbiorowej.
 Owocem tych  kilkunastu lat  moich bliskich kontaktów z La Stradą jest kilkadziesiąt zdjęć, z których jestem zadowolony, gdyż w miarę wiernie  odzwierciedlają one moje widzenie tej imprezy. Składają  się na nią przecież nie tylko przedstawienia i koncerty, ale także parady. Z tych ostatnich wryły mi się w pamięć dwie: roztańczona parada Aguto w wykonaniu  tancerzy z Togo  oraz korowód  sprzed dwóch lat, w którym wiedli prym aktorzy z Teatru Wędrowne Lalki Pana Pejo. Nieodmiennie fotogeniczne są także pokazy ogni sztucznych, organizowane przez firmę Mizet.
Choć nieliczne zdjęcia są efektowne, to jednak wszystkie  mają wartość dokumentalną.  Spokojnie drzemią na twardych dyskach komputerów i w archiwach, czekając na swoją szansę ukazania się ludzkim oczom w kolejnych publikacjach i opracowaniach.
partnerzy ckis Visegrad Fund art prometheus Nyirbatorert Alapitvany Thalia Teatro Radio Centrum Kalisz
Brama do La Strady. 2015 CKiS. Wszelkie prawa zastrzeżone.